posted by posciel on stycznia 8
A jednak powiedziała pewnego razu Ania — wydaje mi się, że nie te dni są najmilsze, kiedy spotyka nas coś nadzwyczajnego, lecz te, które przynoszą nam drobne, codzienne rozkosze i przesuwają się gładko jak perełki na naszyjniku. Życie na Zielonym Wzgórzu obfitowało w takie właśnie dni. Niepowodzenia i przygody Ani, podobnie jak to bywa u każdego, nie zdarzały się wszystkie od razu, lecz pojawiały się od czasu do czasu, przeplatane długimi okresami dni beztroskich, wypełnionych pracą i marzeniami, nauką i zabawą. Takim to był właśnie jeden z ostatnich dni sierpnia. Przed południem Ania i Diana zawiozły rozpromienione bliźnięta na przeciwległy brzeg stawu, gdzie pozwoliły im do woli brodzić w wodzie i zbierać wodorosty, podczas gdy wiatr wyśpiewywał stare pieśni, wyuczone w czasach, kiedy świat był jeszcze młody. Po południu Ania udała się w odwiedziny do Jasia Irvinga. Zastała go leżącego na trawie w sosnowym zagajniku, osłaniającym dom od północy. Był zatopiony w czytaniu czarodziejskich baśni, lecz na widok Ani zerwał się radośnie. Jakże się cieszę, że pani przyszła! — zawołał żywo. — Babuni nie ma w domu. Zostanie pani ze mną na podwieczorku, prawda? To tak przykro jeść samemu, przecież pani to rozumie. Miałem zamiar poprosić Marię, żeby ze mną zasiadła, chociaż obawiam się, że babcia byłaby z tego niezadowolona. A przy tym z Marią trudno rozmawiać. Zawsze się śmieje i powiada: “Nigdy w życiu nie widziałam takiego dziecka”. Nie lubię takiej rozmowy. Bardzo chętnie zostanę — zgodziła się Ania wesoło. — Czekałam tylko na zaprosiny. Od ostatniego podwieczorku twojej babuni ślinka szła mi do ust na wspomnienie waszego pysznego kruchego ciasta. Jaś spoważniał. Gdyby to zależało ode mnie — rzekł stając przed Anią z rękami w kieszeniach i nagłą troską na ślicznej twarzyczce — poczęstowałbym panią natychmiast. Ale, niestety, zależy to od Marii. Słyszałem, jak babunia, wychodząc, zapowiedziała jej, by nie dawała kruchego ciasta, bo to ciężko strawne dla dzieci. Ale jeśli przyrzeknę, że nie zjem ani ździebełka, może Maria zgodzi się ukroić dla pani kawałek. Miejmy nadzieję, że wszystko będzie jak najlepiej. Tak, miejmy nadzieję — zgodziła się Ania, której ten optymizm w zupełności odpowiadał. — Jeśli jednak Maria okaże się nieubłagana, nie martw się tym, kochanie. A czy to pani doprawdy nie sprawi przykrości? — spytał Jaś z niepokojem. Na pewno nie, drogie dziecko. Nie będę się więc martwił — rzekł Jaś wzdychając z ulgą — tym bardziej że przypuszczam, iż Maria usłucha głosu rozsądku. Wie ona, co prawda, z doświadczenia, że rozkazy babuni trzeba wypełniać. Babunia jest bardzo dobra, ale wszyscy muszą robić to, co ona każe. Dziś rano była ze mnie bardzo zadowolona, bo udało mi się zjeść całą porcję owsianki. Dużo trudu mnie to kosztowało, ale wreszcie zwyciężyłem. Toteż babunia powiedziała, że wyrosnę jeszcze na człowieka. Ale muszę panią zapytać o coś bardzo ważnego. Czy pani odpowie mi szczerze? Postaram się — przyrzekła Ania. Czy pani myśli, że mi brak piątej klepki? — zapytał Jaś takim tonem, jak gdyby całe jego życie zależało od jej odpowiedzi. Jasiu, co znowu?! — zawołała Ania zdumiona. — Kto wmawia ci takie głupstwa? Maria to mówiła… Nie wiedziała, że ją słyszę. Wczoraj wieczorem była u niej Weronika od państwa Sloane. Przechodząc przez sień, usłyszałem ich rozmowę w kuchni. Maria mówiła: “Ten Jaś plecie same brednie, na pewno brak mu piątej klepki”. Długo w nocy nie mogłem zasnąć, bo myślałem ciągle o tym, czy ona nie ma racji. Nie mogłem zapytać o to babuni, lecz postanowiłem poradzić się pani. Jakże się cieszę, że pani w to nie wierzy. Rozumie się, że nie wierzę. Maria jest głupi nieuk, więc nie przejmuj się nigdy tym, co plecie — rzekła Ania z oburzeniem, postanawiając zwrócić uwagę pani Irving, aby powściągnęła gadatliwość Marii. Jaki ciężar spadł mi z duszy! — rzekł Jaś. — Dzięki pani jestem teraz zupełnie szczęśliwy. Czy to byłoby straszne nie mieć piątej klepki? Maria sądzi tak zapewne dlatego, że nieraz opowiadam jej rozmaite moje myśli. Nie czyń tego więcej, Jasiu — przestrzegała Ania, wspominając swoje własne dziecięce doświadczenia. Opowiem pani stopniowo to wszystko, co mówiłem Marii, i pani sama zobaczy, czy to takie dziwaczne — rzekł Jaś. — Ale poczekam do zmroku, bo wtedy aż mnie korci, żeby te historie komuś opowiadać. Jeśli nie mam nikogo innego, muszę zwierzać się Marii. Teraz już nie będę, nie chcę, żeby myślała, że mi brak piątej klepki. Niechaj mnie korci, muszę to przezwyciężyć. A jeśli ci to będzie za bardzo dokuczać, przychodź wtedy na Zielone Wzgórze i mnie się zwierzaj ze swych myśli — prosiła Ania z powagą, którą dzieci tak lubią w stosunku do ich drobnych spraw. Dobrze. Przyjdę. Ale chciałbym, żeby wtedy nie było Tadzia, bo on się do mnie wykrzywia. Nie obchodzi mnie to bardzo, bo on jest przecież taki mały, ale jednak to nieprzyjemne. Przy tym Tadzio robi takie straszne miny, że czasem się boję, że już pozostanie wykrzywiony na zawsze. Nawet w kościele, kiedy powinien myśleć o rzeczach świętych, przedrzeźnia mnie. Tola mnie lubi i ja ją także lubię, chociaż nie tyle, co dawniej, odkąd zwierzyła się Minii Barry, że chce, bym się z nią ożenił, gdy dorosnę. Zapewne ożenię się, gdy dorosnę, ale teraz jestem chyba o wiele za młody, żeby myśleć o tym, z kim się ożenię, prawda? Tak, o wiele za młody — zgodziła się Ania. Muszę pani jeszcze coś powiedzieć — zwierzał się Jaś. — W zeszłym tygodniu była u babuni na podwieczorku pani Linde. Babunia kazała mi pokazać jej portret mojej matuchny — ten, co mi go przysłał ojciec na urodziny. Nie bardzo chciałem, by go oglądała, bo chociaż jest dobra i miła, nie należy ona do tych osób, którym się chętnie pokazuje portret matki. Pani to rozumie, prawda? Usłuchałem babuni. Pani Linde powiedziała, że jest bardzo ładna, ale wygląda jak aktorka i musiała być o wiele młodsza od ojca. Potem dodała: “Twój ojciec ożeni się zapewne niedługo. Czy pragnąłbyś mieć nową mamusię, Jasiu?” Aż mnie coś w gardle ścisnęło, ale nie chciałem, by to pani Linde zauważyła. Spojrzałem jej prosto w oczy, ot tak, i rzekłem: “Proszę pani, ojciec bardzo dobrze wybrał moją matkę, więc na pewno i drugi raz dobrze wybierze”. Ojcu mogę ufać. Jeżeli kiedykolwiek zechce, bym miał nową matkę, na pewno zapyta mnie o zdanie, zanim będzie zbyt późno… Oto Maria woła nas na herbatę, pójdę się z nią rozmówić w sprawie kruchego ciasta. Wyniki tej rozmowy były takie, że Maria do podwieczorku, prócz kruchego ciasta, podała i salaterkę konfitur. Ania nalała herbatę i spędziła z Jasiem miłą godzinkę w mrocznej bawialni, przez której okna płynął do pokoju świeży, morski powiew. Mówili przy tym tyle różnych głupstw, że następnego wieczora oburzona Maria opowiadała Weronice, że “ta panna ze szkoły to taka sama wariatka jak Jaś”. Po herbacie chłopczyk zaprosił Anię na górę do swego pokoiku, aby jej pokazać portret matki — ten tajemniczy podarek urodzinowy, przechowywany w swoim czasie przez panią Irving w bibliotece. Niski pokoiczek pełen był łagodnego, różowego światła, przesyłanego przez ognistą kulę słoneczną znikającą za morzem. W czarodziejskiej grze blasków wychylała się z ram portretu słodka, dziewczęca twarzyczka, o czułym, macierzyńskim spojrzeniu. To jest moja matuchna — rzekł Jaś z pełną dumy miłością. — Prosiłem babunię, aby portret tak wisiał, żebym mógł ją widzieć, gdy tylko otworzę rano oczy. Teraz już nie czuję braku światła wieczorem, bo wydaje mi się, że matuchna jest przy mnie. Ojciec dobrze wiedział, czego pragnąłbym na urodziny, chociaż nigdy nie pytał mnie o to. Czy to nie dziwne, że ojcowie wszystko wiedzą? Twoja matka, Jasiu, była prześliczna, a ty jesteś trochę do niej podobny, tylko włosy i oczy miała ciemniejsze niż ty. Moje oczy są takie jak ojca — objaśniał chłopczyk, przysuwając dla Ani wygodny fotel do okna — ale jego włosy są siwe. Ogromna czupryna, zupełnie siwa. Ma przecież prawie pięćdziesiąt lat. To już prawie staruszek, prawda? Ale on tylko na zewnątrz jest stary, wewnątrz jest młody jak nikt inny. Ale, proszę, niech pani tutaj spocznie, a ja usiądę u pani nóg. Czy mogę położyć głowę na pani kolanach? Zawsze tak siadywałem z moją matuchna. O, jak mi dobrze. Teraz opowiedz mi te swoje myśli, które Maria uważała za takie dziwne — rzekła Ania pieszcząc jego kędzierzawą główkę. Jaś nie potrzebował zachęty, aby wyjawić swe myśli… przynajmniej wtedy, gdy rozmawiał z pokrewną duszą. Wymyśliłem je sobie jednego wieczora w lasku świerkowym — mówił rozmarzony. — Oczywiście, że nie wierzę w to, tylko tak myślę. Pani to rozumie, prawda? Musiałem je komuś opowiedzieć, a nie było nikogo prócz Marii. Miesiła ciasto w spiżarni, więc usiadłem obok na ławeczce i powiedziałem: “Mario, wiesz, myślę, że gwiazda wieczorna jest latarnią morską w krainie czarodziejek”. Ale Maria odburknęła: “Jesteś głuptas. Nie ma żadnych czarodziejek na świecie”. Rozgniewało mnie to bardzo. Przecież ja wiem, że nie ma czarodziejek, ale mogę je sobie wyobrażać. Pani to rozumie, prawda? Znowu zacząłem do niej mówić: “Wiesz, Mario, myślę, że po zachodzie słońca na ziemię schodzi wielki, wielki biały anioł o srebrzystych skrzydłach i śpiewem swym kołysze kwiaty i ptaki do snu. Dzieci słyszą go, jeśli umieją słuchać”. Wtedy Maria wyjęła ręce z ciasta i załamując je zawołała: “Ty chyba jesteś jakiś głupi, boję się ciebie!” I naprawdę wyglądała na przestraszoną. Więc wybiegłem do ogrodu i z reszty mych myśli zwierzyłem się kwiatom. Była tam mała, uschnięta brzózka. Babunia powiada, że sól morska ją zabiła. Ale ja myślę, że jej opiekunka, swawolna nimfa leśna, powędrowała w szeroki świat i zabłądziła, a biednej drzewinie, co pozostała samotna, serce pękło z bólu. Gdy zaś lekkomyślnej nimfie znudzi się szeroki świat i powróci do swego drzewka, to jej serce pęknie — dokończyła Ania. Tak, gdyż nimfy powinny cierpieć za swoją lekkomyślność zupełnie tak, jak gdyby były ludźmi — zdecydował Jaś poważnie. — A wie pani, co to jest księżyc po nowiu? To mała złota łódeczka, napełniona marzeniami sennymi. A gdy zahacza o obłok, niektóre z nich wypadają i dostają się do naszych snów. Tak właśnie. Pani to dobrze rozumie. Myślę też, że fiołki są to kawałeczki nieba, które spadły na ziemię, gdy aniołowie wykrawali otwory, przez które gwiazdy mrugają. A jaskry są zrobione ze starych promieni słonecznych, z groszku zaś pachnącego powstaną w niebie motyle. Proszę pani, czy te myśli są takie głupie? Nie, drogi chłopcze, wcale nie są głupie. Są one oryginalne i piękne w ustach dziecka. I tylko ludzie, którzy nie potrafiliby wymyślić nic podobnego, nawet gdyby myśleli przez sto lat, nazywają je głupimi. Ale ty, Jasiu, nie porzucaj tych myśli; nie wątpię, że zostaniesz kiedyś poetą. Po powrocie do domu Ania zastała zupełnie odmienny typ chłopca. Tadzio, nadąsany, czekał, by go położyć spać. Zaledwie zdążyła go rozebrać, wskoczył do łóżka i ukrył głowę pod pościelą. Tadziu, zapomniałeś zmówić pacierza — rzekła Ania z wyrzutem. Wcale nie zapomniałem — odparł Tadzio hardo — ale ani myślę mówić więcej pacierza. I już nie będę się starał być grzecznym, bo czy jestem grzeczny, czy nie, zawsze więcej kochasz Jasia Irvinga. Wolę być niegrzeczny i nadokazywać się przynajmniej. Wcale nie kocham Jasia więcej — rzekła Ania poważnie. — Kocham Jasia tyleż, co i ciebie, tylko inaczej. A ja chcę, żebyś mnie kochała zupełnie tak samo — upierał się Tadzio. Nie można kochać jednakowo różnych osób. Czy ty tak samo kochasz Tolę i mnie? Tadzio namyślał się przez chwilę. N… nie — przyznał wreszcie. — Kocham Tolę, bo jest moją siostrą, a ciebie — bo ty jesteś ty. A ja kocham Jasia, bo jest Jasiem, a Tadzia, bo jest Tadziem — odpowiedziała Ania wesoło. W takim razie będę mówił pacierz — rzekł Tadzio, któremu to rozumowanie trafiło do przekonania. — Ale teraz nie będę już wstawał z łóżka spod mojej pościeli. Jutro rano zmówię go dwa razy.